Tak wielu z nas poddaje teraz demokrację w wątpliwości. Jedni krytykują tylko jeden jej rodzaj ("w bezpośredniej Clinton by wygrała!") lub jej element ("referenda z medialnie ułożonymi pytaniami to nie sposób na zarządzanie krajem!"). Jeszcze inni krytykują jej całą koncepcję ("demokracja nigdy nie jest dobra na dłuższą metę, spójrzcie na Polskę, UK i USA, do czego nas to doprowadziło").

A kto mówił, że demokracja jest najlepsza? Nie jest. Jak to Churchill stwierdził, a także pewnie wiele osób przed nim - "Demokracja to najgorsza forma rządów, z tym że dotąd nie wymyślono nic lepszego".

Demokracja jest beznadziejna, bo o rzeczach ważnych decyduje większość. Ale większość ludzi nie ma zielonego pojęcia jak o nich decydować! By demokracja miała sens, wymagana jest dobra powszechna edukacja, by przeciętni ludzie wiedzieli jak o wszystkim decydować (przynajmniej w 50% przypadków). I poprzez dobrą edukacje nie mam tu wcale na myśli dobrej matematyki czy informatyki, tylko o "edukacji ogólnej": o logice, o społeczeństwie, jego wartościach, naszej przyszłości, stosunku do innego człowieka i otoczenia.


Zresztą, co to znaczy, że dana forma rządów jest "najlepsza"? Tzn. że dany kraj będzie najszybciej rozwijał się w porównaniu z innymi? Będzie najbogatszy, będzie panował w nim urodzaj, a obywatele będą wiecznie szczęśliwi? (utopia)

Kto mówił, że taki jest właśnie cel demokracji? Może celem demokracji nie jest to, abyśmy rozwijali się najszybciej. Może chodzi w niej po prostu o to, by większość decydowała zgodnie z tym, co sobie na ten moment myślą.


To, że Trump wygrał, niekoniecznie musi oznaczać, że zapewni on Stanom Zjednoczonym szybszy progress niż zapewniłaby to Hillary. Ale może większość ludzi w USA obecnie nie chciało szybszego progressu? Może ludzie zaczęli denerwować się na to, że ludzkość nagle tak szybko zaczęła się rozwijać do przodu? Że słabsi efektywnie pracownicy są zastępowani bardziej efektywnymi ludźmi lub maszynami? Że wszyscy, którzy chcą coś osiągnąć, muszą wyprowadzać się do większych miast, bo w mniejszych nie ma szansy na jakikolwiek rozwój?

Jeśli byśmy znieśli demokrację i o rzeczach ważnych decydowaliby ludzie tylko mający na ich temat większą wiedzę i kwalifikacje by o nich decydować, być może pod tymi względami miałoby to dla nas lepszy skutek.

Tylko, że wtedy nawet przy naszych szczerych i dobrych intencjach, nieubłaganie zbliżamy się do rządów arystokracji. Po pewnym czasie liczyć się zaczynają tylko ludzie inteligentniejsi*/bogatsi/lepiej urodzeni. Świat zaczyna zamieniać się w taki, jaki świetnie opisano tutaj http://www.cracked.com/blog/6-reasons-trumps-rise-that-no-one-talks-about/ . (Pomijam już tu w ogóle chęć do bogacenia się i zdobywania władzy przez człowieka, co często grozi korupcją i możliwością wykorzystywania reszty przez innych.)

A to nie jest dobry świat! Każdy z nas jest równy i powinien mieć równe szanse na start. To, że ktoś jest bogatszy, inteligentniejszy (cokolwiek to w ogóle znaczy), albo ma po prostu lepszą smykałkę do robienia pieniędzy w dzisiejszym kapitalistycznym świecie, nie sprawia go ani trochę "gorszym" od innych. Na świecie jest wiele wspaniałych ludzi, tylko że na razie nie wymyśliliśmy nic lepszego niż demokracja i kapitalizm na zarządzanie tym.


Czy to dobrze więc, że mamy demokrację jaką mamy?

Jak ją poprawić? Dla mnie jedynym sposobem na poprawienie demokracji (rzadów większości) jest poprawienie edukacji (sposobu myślenia większości).

"The lack of civics education has shaped the election", jak to już zaczęli głosić za Atlantykiem.